Pokazywanie postów oznaczonych etykietą boyfriendy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą boyfriendy. Pokaż wszystkie posty
05 maja 2014
28 lutego 2014
sunset
Zestaw ten chodził za mną od dawna, jednak cały czas nie miałam do niego torebki, która by mnie satysfakcjonowała, po chyba dwóch miesiącach poddałam się i zwątpiłam, że kiedykolwiek taką znajdę. Przedwczoraj szukając paska natknęłam się na pudełko z torebkami,w których nie chodzę i tam właśnie znalazłam tą, którą dziś prezentuję. W pudle wylądowała, ponieważ zerwał się od niej pasek i nie miałam żadnego w zamian, a nie uznaję noszenia torebek, tym bardziej tak małych, jak ta, w rękach, na krótkich uchwytach. Torebka zatem po cichu wegetowała przez kilka miesięcy w pudle, w tym czasie kupiłam kopertówkę z doczepianym łańcuszkiem, który teraz nadał się idealnie do zapomnianej małej czarnej, która dzięki złotym wykończeniom wygląda z nim świetnie i do tej stylizacji jest stworzona.
Zestaw ten to klasyka, biała koszula, dżinsy, tym razem boyfriendy, czarny płaszcz i dodatki łączące czerń i złoto, ponieważ uwielbiam wszelkie połączenia B&W, czuje się w nim jak ryba w wodzie, wygodnie i zarazem elegancko.
Myślę, że biała koszula jest na tyle uniwersalna, że mogłabym przez miesiąc układać z nią inną stylizację, no pod warunkiem, że miałabym ich chociaż 4, ponieważ w moim przypadku jeżeli koszula przetrwa do wieczora i nie muszę jej przebierać z powodu plam jest to prawdziwy sukces. Najzabawniejsze jest to, że z białymi topami już nie mam takich problemów i jeden mogłabym założyć dwa dni z rzędu, a koszula nigdy nie przetrwała więcej niż kilka godzin.

Zestaw ten to klasyka, biała koszula, dżinsy, tym razem boyfriendy, czarny płaszcz i dodatki łączące czerń i złoto, ponieważ uwielbiam wszelkie połączenia B&W, czuje się w nim jak ryba w wodzie, wygodnie i zarazem elegancko.
Myślę, że biała koszula jest na tyle uniwersalna, że mogłabym przez miesiąc układać z nią inną stylizację, no pod warunkiem, że miałabym ich chociaż 4, ponieważ w moim przypadku jeżeli koszula przetrwa do wieczora i nie muszę jej przebierać z powodu plam jest to prawdziwy sukces. Najzabawniejsze jest to, że z białymi topami już nie mam takich problemów i jeden mogłabym założyć dwa dni z rzędu, a koszula nigdy nie przetrwała więcej niż kilka godzin.

28 stycznia 2014
Cold, so cold
Jestem zdecydowaną antyfanką zimy, mimo narzeka wielu osób na jej brak, ja byłam zadowolona, że mimo stycznia jest na plusie, jednak sielanka, jak każda inna musiała kiedyś się skończyć. Nadszedł mrrrróz. A ja zimę poczułam na swojej skórze dosłownie, właściwie to nawet w kościach.
Pierwszy raz miało to miejsce, podczas zdjęć, które zobaczycie poniżej, namówiłam EM na sesją, wybrał fajne miejsce, pełna entuzjazmu wsiadłam do samochodu, jednak dopiero jak dojechaliśmy na miejsce, poczułam, jak jest cholernie zimno. Był to piątek, wiatr wiał okropny, z każdym jego powiewem zamarzał kosmyk włosów. Zrzuciłam płaszcz i weszłam na szczyt pułki pod wiaduktem, gdzie wiatr był jeszcze bardziej odczuwalny niż na dole. W ciągu kilku minut zamarzły mi dłonie, palce u stóp i rzęsy, ale zdjęcia wyszły dobrze, jestem z nich zadowolona, mimo że musiałam dochodzić do siebie w samochodzie przez chyba 20 minut:)
Co do stylizacji, pierwszy raz pokazuję moje ulubione boyfriendy, są to moje spodnie nr 1, zawsze je lubiłam, nawet zanim jeszcze nie były modne, nie lubiły ich za to moja babcia i mama, notorycznie próbując je spalić tudzież zutylizować, zestawiłam je ze sportowym topem z SinSaya i botkami, kurtka jest założona tylko ze względu na -12 na termometrze, ale nie dało rady jej zdjąć.
Drugi raz, kiedy naprawdę bardzo znielubiłam zimę, miał miejsce wczoraj. Wieczór po 21, wracamy od znajomych do domu, jadąc bocznymi, wąskimi i broń Boże nieodśnieżonymi ulicami, lód zamiast asfaltu, samochód ślizga się z prędkością 20 km/h, ale poruszamy się do przodu. Nagle EM zatrzymuje auto, coś jest nie tak, po oględzinach kół, stwierdza, że dalej nie pojedziemy, zerwał się drążek kierowniczy. Dzwonimy po znajomego, żeby odtransportował nas do domu. Stoimy na kompletnym zadupiu, domów, nic, EM grzebie przy kole, odkręca je, nasz syn zaczyna robić się coraz bardziej niespokojny, gaśnie silnik, zaczyna się robić coraz chłodniej, dochodzi 22, Tymek zaczyna wrzeszczeć, masakra przez duże M. Jednak wszystko kończy się dobrze. Kolega przywiózł mnie i dziecko do domu, EM tymczasowo naprawił auto, tak, aby dojechało do miejsca, gdzie można je spokojnie zostawić i wrócił do domu. Kupiliśmy sobie po grzańcu, zapaliliśmy po papierosie i znaleźliśmy 10 plusów sytuacji.
Taaa...Kocham zimę :/ (brrr)
A wam czy, choć trwająca dopiero kilka dni zima dała się we znaki?
Pierwszy raz miało to miejsce, podczas zdjęć, które zobaczycie poniżej, namówiłam EM na sesją, wybrał fajne miejsce, pełna entuzjazmu wsiadłam do samochodu, jednak dopiero jak dojechaliśmy na miejsce, poczułam, jak jest cholernie zimno. Był to piątek, wiatr wiał okropny, z każdym jego powiewem zamarzał kosmyk włosów. Zrzuciłam płaszcz i weszłam na szczyt pułki pod wiaduktem, gdzie wiatr był jeszcze bardziej odczuwalny niż na dole. W ciągu kilku minut zamarzły mi dłonie, palce u stóp i rzęsy, ale zdjęcia wyszły dobrze, jestem z nich zadowolona, mimo że musiałam dochodzić do siebie w samochodzie przez chyba 20 minut:)
Co do stylizacji, pierwszy raz pokazuję moje ulubione boyfriendy, są to moje spodnie nr 1, zawsze je lubiłam, nawet zanim jeszcze nie były modne, nie lubiły ich za to moja babcia i mama, notorycznie próbując je spalić tudzież zutylizować, zestawiłam je ze sportowym topem z SinSaya i botkami, kurtka jest założona tylko ze względu na -12 na termometrze, ale nie dało rady jej zdjąć.
Drugi raz, kiedy naprawdę bardzo znielubiłam zimę, miał miejsce wczoraj. Wieczór po 21, wracamy od znajomych do domu, jadąc bocznymi, wąskimi i broń Boże nieodśnieżonymi ulicami, lód zamiast asfaltu, samochód ślizga się z prędkością 20 km/h, ale poruszamy się do przodu. Nagle EM zatrzymuje auto, coś jest nie tak, po oględzinach kół, stwierdza, że dalej nie pojedziemy, zerwał się drążek kierowniczy. Dzwonimy po znajomego, żeby odtransportował nas do domu. Stoimy na kompletnym zadupiu, domów, nic, EM grzebie przy kole, odkręca je, nasz syn zaczyna robić się coraz bardziej niespokojny, gaśnie silnik, zaczyna się robić coraz chłodniej, dochodzi 22, Tymek zaczyna wrzeszczeć, masakra przez duże M. Jednak wszystko kończy się dobrze. Kolega przywiózł mnie i dziecko do domu, EM tymczasowo naprawił auto, tak, aby dojechało do miejsca, gdzie można je spokojnie zostawić i wrócił do domu. Kupiliśmy sobie po grzańcu, zapaliliśmy po papierosie i znaleźliśmy 10 plusów sytuacji.
Taaa...Kocham zimę :/ (brrr)
A wam czy, choć trwająca dopiero kilka dni zima dała się we znaki?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
