09 września 2014

Bon Voyage - czyli jak przejechać niesprawnym autem pół Polski

Urlop dobiegł końca, niechętnie spakowaliśmy walizki, udaliśmy się na ostatni spacer brzegiem morza, pomachaliśmy mu na pożegnanie i wsiedliśmy w samochód. Przed nami około 580 kilometrów do domu, początek drogi był błogi, niemal nudny, ja zatopiona w gazecie, M za kierownicą i nasz syn podziwiający i głośno komentujący widoki za oknem, nic nie zapowiadało katastrofy.


W Bydgoszczy postanowiliśmy zrobić postój, zjeść coś ciepłego i wrócić na trasę, jednak kiedy M. odpalił samochód, zapaliły się kontrolki od ładowania, a w naszych oczach przerażenie, ponieważ ostatnim razem, gdy mieliśmy taką awarię, nasza podróż skończyła się po niecałym kilometrze. Grzebanie pod maską, paski łączące alternator z akumulatorem są całe, chłodnica działa, wsiedliśmy i jedziemy, myśląc co dalej, tylko idiota naiwnie by wierzył, że dojedzie do domu oddalonego o ponad 400 kilometrów, my nie wierzymy, dzwonię do ojca, nie wróży nam nic dobrego i każe przygotować pieniądze, bo na pewno będą nam potrzebne, daje kilka i tak nieprzydatnych rad. Jedziemy i czekamy na wszystko naraz. Mijamy kolejne, zamknięte (sobota 16.30) warsztaty samochodowe, poziom adrenaliny sięga wysoko ponad normę i ani na moment nie opada.

W Toruniu kupujemy miernik, który pokazuje, że akumulator cały czas jest ładowany, czyli teoretycznie samochód działa, popsute są kontrolki, ale jakoś nie chce nam się do końca w to wierzyć, decydujemy się wjechać na autostradę i jechać byle dalej w stronę domu, od którego dzieli nas tylko niecałe 400 kilometrów. Wskazówka pokazuje 140km/h z każdym kilometrem jesteśmy coraz bliżej, niż dalej, aż nagle, wszystko gaśnie, skończył się nam prąd, nie mamy ładowania w akumulatorze, stoimy na pasie awaryjnym na autostradzie, 50 metrów od zjazdu na Włocławek. Na moment w mojej głowie pojawia się tylko pustka i wizja nas śpiących w tym aucie i czekających na Bóg wie co.

Na szczęście, M, pomyślał o wielu rzeczach i wziął prostownik, jedyne czego nam brakuje to źródła prądu, ale i to się znajduje, gdyż mój chłopak dopatrzył się całkiem niedaleko jakiegoś domu. Bierze plecak, akumulator i idzie szukać szczęścia, ja zostaje w samochodzie z synem i czytam z nim książki. Pół godziny później M wraca z podładowanym akumulatorem i wiedzą, że kilka kilometrów stąd jest sklep z częściami, którego właściciel mieszka nad nim, więc jest szansa, że tam kupimy nowy akumulator. Jedziemy, miły, starszy Pan informuje nas o kosztach nowego akumulatora, bierze do ładowania nasz stary akumulator i pokazuje, gdzie jest bankomat. Nie mam dostępu do Internetu, nie wiem, ile dokładnie zostało mi na koncie, wkładam kartę, wystukuję pin, wpisuję kwotę i czekam jak na zbawienie na dźwięk przeliczanych banknotów… Jest, maszyna wypluwa pieniądze, a ja mam wrażenie, że nigdy w życiu się tak z nich nie cieszyłam. Jesteśmy w domu! Pędzimy jak na skrzydłach do sklepu, nasz syn niczego nieświadomy myśli, że to taka nowa zabawa i uśmiech nie schodzi z jego maleńkiej twarzy. M podpina nowy akumulator, szczęśliwi wsiadamy do auta i wracamy na autostradę, a tam pędzimy 150h/ godzinę, w końcu mamy ograniczoną ilość prądu.

Jest godzina 19, powoli zaczyna robić się coraz ciemniej, przed Łodzią zjeżdżamy z autostrady, nieekonomiczna jazda daje się we znaki, musi zatankować paliwo, a pieniądze powoli też zaczynają się nam kończyć. Dojeżdżamy do Łodzi, która jak poprzednim razem nie jest dla nas łaskawa, błądzimy po mieście, zużywa nam się prąd, syn ucieszony tramwajami woła na nie w kółko pociąg i oczekuje, że będziemy je obserwować razem z nim, a nas stres zaczyna zżerać, w końcu wyjeżdżamy z tego piekielnego miasta, kierunek Piotrków Trybunalski, do domu mamy jeszcze 175 kilometrów. Stwierdziliśmy z M, że jak już dojedziemy do Piotrkowa, to będziemy w domu, a w najgorszym przypadku ktoś nas zaholuje.

Dobiega 21, syn usypia, my nie jedliśmy nic od kilku godzin, jednak jedzenie jest ostatnią rzeczą, jaka przychodzi nam do głowy. Dojeżdżamy do Piotrkowa, jednak ulga, jaką myśleliśmy poczuć, jakoś się nie pojawia, wręcz przeciwnie, wiemy, że mamy już bardzo mało prądu w akumulatorze, z każdym kilometrem stresuje się coraz bardziej, tak naprawdę, tylko czekamy, kiedy auto stanie. Jedziemy, wjeżdżamy na drogę 74 do Kielc, ledwo się na niej rozpędzamy, a żółte duże tablice informują nas o remoncie drogi i wskazują objazd. Przeklinam w tym momencie wszystko, co się da, ten kraj, cholerne drogi i wieczne ich remonty, ze wściekłości chce mi się wyć, a kurwy lecą na prawo i lewo. Zjeżdżamy w jakieś boczne drogi, na Bóg wie jakich pipidówkach, ciemno, głucho i nic poza tym. Próbuje ustalić jakąś sensowną trasę, zastanawiam się, gdzie jest ten pieprzony remont, w końcu jedziemy na Końskie. Droga przez las, ciemno jak w dupie, nam gasną światła, zaraz padnie wszystko, jednak za zakrętem widzimy jakieś domu w latarnie. Alleluja. Dojeżdżamy do jakiejś większej, oświetlonej drogi, tam, M wymienia akumulator, ja w międzyczasie dzwonię do mojego brata, dojeżdżamy do Opoczna, parkujemy na oświetlonym parkingu pod Lewiatanem i tutaj kończy się nasza trasa. Jest 23.38, dokładnie 13 godzin wcześniej wyjechaliśmy z Koszalina. Czekamy na hol, całe napięcie opada, chociaż rzuciłam palenie dawno temu, muszę zapalić. Jestem padnięta, boli mnie tyłek od siedzenia, zesztywniały kręgosłup nawet nie ma siły oderwać się od oparci, zaczyna lać deszcz.

Godzina 00.12 przyjeżdża mój brat, wymieniamy się akumulatorami i jedziemy dalej, od domu dzieli nas tylko 80 kilometrów, niemal czuję już zapach mojej pościeli, nie czuję głodu, nic nie chcę, tylko aby ta podróż w końcu dobiegła końca. Przed Kielcami, rozjeżdżamy się w różne strony, my do swojego domu, mój brat do swojego, a dzieli nas od niego niecałe 8 kilometrów. M. wjeżdża na Orlen, tyle wypalił, że musi kupić papierosy, stacja jest 300 metrów od naszego domu, M wsiada do auta, przekręca kluczyk, a samochód nie chce zapalić. Wybucham śmiechem, na szczęście jest z górki i ostatecznie parkujemy u nas. Kładę syna do łóżeczka, nie wnosimy żadnych bagaży, w zasadzie osiągam niemal Nirvanę, mogę spać nawet na podłodze, jesteśmy w domu, już nic jest nie ważne.

To, że dojechaliśmy, to był czysty fart, że auto odmówiło posłuszeństwo akurat w pobliżu czyjegoś domu, że sklep był częścią domu, a jego właściciel po prostu nam pomógł, że mój brat przyjechał po nas te niemal 100 kilometrów, że popsuło się akurat ładownie, ot takie szczęście w nieszczęściu. Od tego czasu nie muszę pić kawy, poziom adrenaliny cały czas mi się podnosi, kiedy przypomnę sobie tę podróż, która chcąc nie chcąc stała się jedna z ciekawszych anegdot z urlopu, ot co.

3 komentarze:

  1. Oj znam takie przygody. I choć człowiekowi wcale nie do śmiechu, po latach właśnie jest co wspominać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ważne, że ostatecznie wszystko się dobrze potoczyło :) Ale to tak chyba zawsze jest - nie dość, że akumulator padł, to jest to sobota albo lepiej - niedziela, zaczyna lać deszcz, a do domu strasznie daleko. Grunt, to się wtedy nie załamać i szukać rozwiązania!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarze.
Spam jest notorycznie ignoruje
Kara