Niebo szare bardziej niż rzeczywistość wisi
ciężko, nie chcąc spaść, dmie w ulice zimnym wiatrem, tańczą brudne liście.
Obserwuje z chłodnego, marmurowego parapetu jak ludzie przelewają się przez
ulicę, wydeptując chodniki z punktu A do B.
Ja wiszę w swoim punkcie krytycznym,
opierając czoło o zimną szybę, która nie studzi nic, światła rytmicznie
odbarwiają się z jednego koloru w drugi, zielone, pomarańczowe, czerwone,
zielone, pomarańczowe, czerwone, zielone, pomarańczowe, czerwone i tak bez
końca. Autobus wypluwa pasażerów na przystanku i zaraz kolejni pakują się do
jego ciepłego wnętrza, wypełnionego błotem pośniegowym i zmieszanym zapachem
ludzkiego potu, perfum i innych znaków, według których tu ponoć jest jakieś
życie.





%2Bkopia.jpg)
