08 stycznia 2016

Gdzie

Niebo szare bardziej niż rzeczywistość wisi ciężko, nie chcąc spaść, dmie w ulice zimnym wiatrem, tańczą brudne liście. Obserwuje z chłodnego, marmurowego parapetu jak ludzie przelewają się przez ulicę, wydeptując chodniki z punktu A do B.

Ja wiszę w swoim punkcie krytycznym, opierając czoło o zimną szybę, która nie studzi nic, światła rytmicznie odbarwiają się z jednego koloru w drugi, zielone, pomarańczowe, czerwone, zielone, pomarańczowe, czerwone, zielone, pomarańczowe, czerwone i tak bez końca. Autobus wypluwa pasażerów na przystanku i zaraz kolejni pakują się do jego ciepłego wnętrza, wypełnionego błotem pośniegowym i zmieszanym zapachem ludzkiego potu, perfum i innych znaków, według których tu ponoć jest jakieś życie.


Widzę twoją sylwetkę, szybko przemykasz slalomem między nimi, mijając sprawnie i szybko ciała niemal martwe. Prawie czuje twoje ręce gdzieś w pobliżu karku, badające skrupulatnie fakturę skóry. Głos, który miękko łamie ciszę na pół i na ćwierć, wsypując słowa w uszy, do pełna.

Lubię twoje milczenie, kiedy bezkarnie mogę się domyślać słów, odczytywać emocje z zakrzywienia brwi, liczyć czy może bardziej, czy jednak mniej. Uprawiamy komunikację pozawerbalną godzinami, siląc się, by spojrzenie miało dźwięk, chropowaty i niski, drapiący w gardle. Przeczesujesz palcem moje włosy dokładnie, jakby na ich końcach ukryte były myśli.

Lubię chłód twoich rąk, chować się w nich, kiedy wszystko jest dobrze i kiedy wszystko pieprzy się, wszystko jedno, przecież wyciągniesz mnie z każdego doła, nawet tego, który sama sobie wykopię, drążąc życie bez sensu, bo ten, schował się gdzieś na dnie. Lubię cię smakować, między gorzką nutą wódki, mieszacie mi się. Lubię, kiedy cicho tańczy dym wokół nas, powoli głaszcząc zarumienione alkoholem policzki.

Wszystkie rozmowy, które zaprowadziły nas od zmierzchu po świt, który był tak bardzo nieistotny, bo równie dobrze mógłby zatrzymać się czas. Bezbarwne popołudnia, kiedy badaliśmy krzywiznę ścian, nie szukając tam niczego, bo nie potrzebowaliśmy nic. Zawiesiliśmy między sobą milczenie jak kładkę nad przepaścią zwaną ja i ty.

Patrzę na ciebie, jak szybko przeskakujesz dziury w chodniku, podnosisz głowę, uśmiech głaszcze mnie przez szybę i powoli się rozwiewasz, jak mgła, nie ma cię.

Tęsknie.


Kimkolwiek jesteś i gdzie.

4 komentarze:

  1. piękne i takie melancholijne

    OdpowiedzUsuń
  2. ojeej, jakie smutne :(

    http://justlovemagic.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. melancholijne i takie pełne tęsknoty za tym szczególnym KIMŚ

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarze.
Spam jest notorycznie ignoruje
Kara